Historia

 

Dolina Prądnika położona jest w województwie małopolskim, w południowej części Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Rozciąga sie wzdłuż rzeki Prądnik, którego źródła znajdują sie w okolicy miejscowości Sułoszowa. Na jej terenie znajdują sie miejscowości Sułoszowa, Ojców i Prądnik Korzkiewski.

W skali Polski Dolina Prądnika jest bez wątpienia najatrakcyjniejszą krajobrazowo i najlepiej znaną z "dolinek jurajskich" występujących licznie na wyżynnym obszarze Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

Dolina powstała w wyniku erozyjnego działania płynącej dnem wody. W obszarze Prądnika jest ona zbudowana z górnojurajskich i kredowych utworów węglanowych. W wyniku działalności krasowej wód podziemnych powstały liczne jaskinie i schroniska skalne. Stały sie one naturalnymi siedliskami człowieka. Urozmajcona rzeźba terenu stwarzała dogodne warunki obronne. Najstarsze znalezisko archeologiczne datowane jest na 120-115 tys. lat p.n.e. pochodzi z Jaskini Ciemnej.

Najbardziej znaną miejscowością Doliny Pradnika jest Ojców ze wzgędu na swoja historię, nieodłącznie związaną z postaciami dwóch władców Władysława Łokietka i jego syna Kazimierza Wielkiego. Według tradycji ludowej Władysław Łokietek w jaskiniach doliny i rozwalinach zamku szukał schronienia przed scigającymi go Czechami. Syn jego Kazimierz Wielki, chcąc uczcić pamięć ojca, odbudowal zrujnowany zamek i postawil osmiokątną basztę tradycyjnie nazwaną "Kazimierzowską". Odbudowany zamek nazwano "Ojciec u skały" a wdawnwj pisowni "Oczecz" z czego powtał dzisiejszy Ojców. (cyt. S. Strączek - Ojców i okolice, Kraków 1928 r.)


W Dolinie Prądnika jest wiele miejsc, które zostały wykorzystane do do budowy zamków obronnych. Jednym z nich jest Grodzisko (Pustelni sw. Salomei). Za ks. Henryka Brodatego powstał w 1228 r. obronny zwany "Skałą". Po objęciu rządów przez Bolesława Wstydliwego na Skale w roku 1239 przekazal on zameczek swojej siostrze Salomei. Obronny zamek w 1260 został zamieniony na klasztor gdy Salomela sprowadziła tam zakonnice z Zawichostu. Pustelnia została nazwana "Pustelnia św. Salomei" od jej imienia. Po śmierci św. Salomei zakonnice przebywały w Grodzisku do roku 1316. Opuszczone Grodzisko popadło w ruinę. W 1642 r. zakonnice krakowskie wystawiły na nowo kościół, który przetrwał tylko 35 lat. Z końcem XVII wieku podźwignął się na nowo kościół z ruin a rekonstrukcję ostatnią zawdziecza proboszczom ze Skały. Obecnie kościółek i zabudowania sa otoczone murem. W narożnikach muru stoi 5 posągów z VII w. przedstawiajacych Henryka Brodatego, Bolesława Wstydliwego, św.Kunegundę, Kolomana Halickiego i św. Jadwigę z Trzebnicy.

 

Historia Prądnika Korzkiewskiego podczas II Wojny Światowej

SBP "Skała"

w Prądniku Korzkiewskim

Materiały udostępnione przez Janusza Bastera

 

Mieczysław Cieślik, Historia oddziału partyzanckiego.

W powrotnej drodze nastąpiła częściowa demobilizacja baonu, z którego odeszli ci, którym nic nie groziło w wypadku powrotu do własnego środowiska. Na jednej z polan w Dolinie Prądnika k/Ojcowa odbyto podniosłą Mszę polową za poległych kolegów, a następnie kontynuowano dalszy przemarsz z postojami: w Rynku, Przybysławicach, Owczarach, Dziewięciołach, Bolowcu - w międzyczasie dołączył do nas d-ca "Skała".

Ryszard Nuszkiewicz, Uparci , s. 285

W miejscowości Tarnawa zaczęło się inne, prawie bajkowe życie. Dowódca placówki por. "Dołęga" (NN) oraz aresztowany i odbity przed trzema miesiącami "Zawieja" (Jerzy Kluska) robili wszystko, by partyzantom nic nie brakowało. Trzydaniowe obiady, generalne pranie, cerowanie i szycie poprawiły szybko dotychczasowe mizerne samopoczucie. Znowu humor i właściwy duch zapanowały wśród żołnierzy. Szczytem jednak przyjemnych doznań stał się pobyt oddziału w uroczej dolinie rzeki Prądnik koło Ojcowa i Białego Kościoła. Widoczne w blaskach jesiennego słońca wieże Krakowa zachwycały wszystkich, a wśród wielu wzbudzały nieodpartą tęsknotę do rodzinnego miasta. Prośby o jednodniowy, nawet kilkugodzinny urlop, były nagminne.

Fama o pojawieniu się partyzantów w Dolinie Prądnika szybko się rozniosła. W przypadającą akurat niedzielę zaroiło się od wycieczkowiczów i turystów. Zjechały mamy, sympatie i ciekawscy z jadłem i piciem. Jakaś przemyślna pani nauczycielka przyprowadziła nawet całą szkołę, by powitać wierszem i kwiatami tajemniczych "chłopców z lasu".

Radość, duma i wzruszenie przepełniały nas wszystkich tego wspaniałego dnia. Tylko dowództwu cierpła skóra na myśl, co by się stało, gdyby zjawili się Niemcy. Na szczęście silnie rozstawione ubezpieczenia nie awizowały żadnego niebezpieczeństwa. Tu też zrodziły się silne więzy współpracy i przyjaźni z dzierżawcami majątku Maszyce (pp. Ruskowie), który odtąd, aż do ostatnich dni okupacji stał się głównym punktem kontaktowym i bazą zaopatrzeniową dla Samodzielnego Batalionu Partyzanckiego "Skała".

Nikt nie miał oczywiście złudzeń, że o pobycie dużego oddziału prawie na przedmieściu Krakowa Niemcy dobrze wiedzą. Sprawa ta, jak i dalszy kierunek marszu stanowiły główny problem dla dowództwa. Wraz z odejściem wielu starych partyzantów zamiar przejścia na Podhale zdewaluował się mocno i poszedł prawie w zapomnienie. Postanowiliśmy zatem (tzn. ja i kpt. "Koral") poczekać tu na zjawienie się mjr "Skały".

Ze względów bezpieczeństwa przyjęliśmy zasadę, że pobyt na jednej kwaterze nie może trwać dłużej niż trzy dni. Silni w tym rejonie Niemcy węszyli stale i trwali ciągle w pogotowiu bojowym.

Oddział zmieniał ustawicznie miejsca postoju kwaterując kolejno w Owczarach, Brzozówce Korzkiewskiej, Naramie, Cianowicach i Przybysławicach. Wyglądało to niemal na zabawę w kotka i myszkę. W praktyce jednak zdarzały się groźne, jak ta w Owczarach, sytuacje.

 

Włodzimierz Rozmus, W oddziałach partyzanckich i Baonie "Skała", s. 117

Baon w zmniejszonym składzie, uwolniony od uciążliwych taborów, posuwał się szybko na południe w kierunku Krakowa, przechodząc przez Tęgoborze, Wierzbicę, Trzyciąż, Przeginię, Skałę i dotarł w nocy 17 września [1944] do Prądnika koło Ojcowa. I tak po kilku nocnych, bardzo wyczerpujących marszach, głodni, zziębnięci, zawszeni, w podartych mundurach, po raz pierwszy od 6 tygodni przespaliśmy się nie pod gołym, niebem, lecz w stodołach. Brak żywności, silne przemęczenie, nadwyrężone do ostatnich granic nerwy oraz zbliżająca się zima, skłoniły poważną część członków Baonu do opuszczenia jego szeregów i udania się częściowo do Krakowa, a częściowo do pozostania w terenie w charakterze instruktorów w oddziałach terenowych. 18 września opuścili Baon starzy, zahartowani w niejednym boju tacy partyzanci jak: "Leśnik", "Żmija", "Gala", "Belfort", "Waligóra", "Kruk", "Maharadża", "Rzeżucha", "Orlik", "Mały", "Kmicic", "Puchacz", "Arab" i wielu jeszcze innych. Ze stanu 305 partyzantów pozostało w Baonie na dzień 18 września 1944 r. tylko 132.

W Dolinie Prądnickiej po raz pierwszy od niepamiętnych dni, zjedliśmy solidny obiad z 2-ch dań, wykąpaliśmy się w przepływającej obok zimnej rzeczce oraz oddali sfatygowaną odzież do reperacji. Ogromną pomoc okazali nam okoliczni mieszkańcy pod wodzą energicznego sołtysa i księdza. Odprawiona też została Msza Św. przy zaimprowizowanym ołtarzu w lesie . Oddział odżył, podniósł się jego duch bojowy i poprawiły się humory. Po trzech dniach pobytu w Dolinie Prądnickiej oddział przerzucono w nocy 20 września [1944] przez wieś Naramę, Cianowice do Owczar.

Władysław Dudek - "Lenard", Partyzanckie Eldorado , w: Wspomnienia okupacyjne

Ustalenie dokładnej daty dojścia baonu do kwatery w Prądniku Korzkiewskim stwarza pewne trudności. Przyjmijmy jednak za "Buńką", że dotarliśmy tam nocą 17 września [1944 r.]. Utrudzone wojsko zajęło obszerną stodołę (a może i dwie) i pokotem ułożyło się na słomie do spania. Nie należałem na szczęście do drużyn służbowych i po chwili byłem już podobnie jak reszta kolegów - w objęciach Morfeusza.

Noc była ciepła i ziąb nie utrudniał zaśnięcia. Dopiero późnym rankiem głośne pogwarki koło stodoły zbudziły nas z twardego snu. Dołożyły się do tego puste żołądki, domagając się gwałtownie czegoś do trawienia. Dla przeciągnięcia kości wyłaziliśmy ze stodoły pojedynczo, brudni, zawszeni, rozczochrani, a nade wszystko głodni. Dzień był ciepły i pogodny. W obszernym sadzie stały jakieś zabudowania i mnóstwo drzew owocowych, a na nich dojrzałe śliwy, jabłka i gruszki. W pobliżu płynęła rzeczka z krystalicznie czystą, zimną wodą. Takich rozkoszy nie było w minionym tygodniu nocnych marszów i dziennych biwaków w leśnych gęstwinach, bez wody i bez ognisk, których nie wolno było palić ze względów na nasze bezpieczeństwo. Dotychczasowa pełna konspiracja została tu całkowicie zdjęta. Orzeźwiająca, czysta woda rzeczki, nad którą zmywaliśmy z siebie całotygodniowy brud, przywracała stopniowo jasność umysłów i ciekawość świata. A było na co popatrzeć. Wokół naszej stodoły kręciło się kilkoro cywilów, głównie kobiet. Nad rzeczką zakładano polową kuchnię, z której dobrze się już dymiło. Mimo woli zaczęliśmy jakoś przyczesywać włosy, przyglądać się własnym zarośniętym brodom, poprawiać pasy. Okazało się wkrótce, że dostaniemy ciepłe śniadanie. Wstyd było pokazać się tak ludziom, więc szybko zaczęliśmy hurtem golić brody i przywracać jaki taki porządek naszemu odzieniu. Pokazało się kilka młodych dziewcząt kursujących między domem i ogniskiem nad rzeczką. Rzucały ciekawe i zalotne spojrzenia. Znajomości zawierane były szybko i z obustronną aprobatą.

- Marysiu! Zgodzisz się, że ci trochę pomogę nosić garnuszki? - zagadnąłem jedną. Podsłuchałem wcześniej przechodząc, że tak zwracała się do niej starsza kobieta.

- A skąd pon wi, że jo Maryśka? - zapytała roztropnie. Zrozumiałem, że znajomość już zawarta i odpowiedziałem: - Taka ładna dziewczyna, to musi być Marysia. A ja nie jestem pan, tylko "Lenard". - Były pewne opory z tym przejściem tak prawie w biegu na ty, ale nie trwały długo, bo już w przyciasnej trochę, dużej sieni, pozwoliła się poufale obejmować. W drugiej turze z garnuszkami byliśmy już w dobrej komitywie. Kolegom poszło równie dobrze, a może i lepiej i wkrótce już każdej udanej dziewczynie towarzyszyło kilku adoratorów.

Minęło już 50 lat [1] od wydarzeń tamtego września w podkrakowskim Prądniku Korzkiewskim, bo tak nazywała się owa, sympatycznie wspominana do dziś przez "skałowców", podkrakowska wioska. I rzeczywiście było bardzo smaczne śniadanie. Ale nie tylko to. W popołudniowych godzinach, stokilkadziesiąt żołnierzy liczący wówczas baon, zaproszony został przez tamecznych ludzi na wspaniały dla nas dwudaniowy obiad. Pamiętam, że na drugie danie podano knedle ze śliwkami. Robiło te knedle kilkanaście chyba kobiet i dziewcząt w asyście umytych już i ogolonych partyzantów, z których każdy, jak mógł, starał się uporządkować swój mundur i wygląd. Sam widziałem jak dobrze już zaprzyjaźnione z partyzancką bracią młode dziewczyny przymierzały na głowy nasze furażerki z orzełkami. Knedle smakowały jak marcepany. Zżarliśmy nieprawdopodobną ich ilość, bo prawie wszyscy podchodzili do kotła po "repetę", a niektórzy nawet po dwa razy. Za nakrycie służyły nasze menażki. Ci, którzy utracili partyzancki dobytek w wozach taborowych baonu, pozostawionych pod Złotym Potokiem, korzystali z gospodarskich talerzy i misek lub czekali na zwolnione menażki.

Przy kuchni brylował "Śruba" z kompanii "Huragan", o którym wspominałem tu już kilka razy. "Śruba" był z zawodu rzeźnikiem wiejskim i z tego powodu znał się dość dobrze na sprawach kuchni. Miał przy tym mentalność wiejskiego swata i kumotra. Był bardzo sympatycznym i ogólnie lubianym kolegą partyzanckim, ludowym śpiewakiem i nie stronił od kieliszka, ale w granicach przyzwoitości. W Prądniku Korzkiewskim znalazł się w najbardziej dla niego sprzyjających warunkach. Znalazł się przy kuchni, na czym się znał, w otoczeniu wielu kobiet i dziewcząt, które lubił, w atmosferze rozgwaru, która mu odpowiadała. Nie można wykluczyć, że z miejscowymi chłopami zdążył wypić kilka kielichów. Czuł się jak ryba w wodzie, więc brylował. Słychać było na odległość jego rechotanie po celniejszych dowcipach.

Kilka miesięcy później byłem z nim ze dwa razy w podobnych sytuacjach i zauważyłem, że na "bańce" stawał się jeszcze bardziej elokwentny i towarzyski. Ze starszymi kobietami wiejskimi przechodził wtedy na formę "krzesnomatko", a wszystkie młodsze były dla niego "kumoskami". Prostowania z ich stron na nic się nie przydawały i w końcu kobiety się z tym godziły. Te najmłodsze "tykał" i przy każdej okazji podszczypywał. Tak więc i tu wodził rej przy ognisku. Ale w tych kilku dniach pobytu w uroczej Dolinie Prądnika rozprzęgła się mocno dyscyplina. Rozluźniła wszystkich partyzantów serdeczna życzliwość miejscowej ludności, gościnność, przyjazny uśmiech na twarzach ludzi spotykanych na drogach. A przecież to wszystko miało miejsce w odległości niewiele ponad l0 kilometrów od Krakowa w linii prostej. Od Krakowa w którym mieścił się rząd Generalnego Gubernatorstwa, wszystkie naczelne urzędy niemieckie, gestapo, żandarmeria, zapewne kilkutysięczna armia. Jeden skuteczny donos do władz niemieckich mógłby - mimo złych dróg dojazdowych - nam i tym wioskom, ściągnąć na kark karną ekspedycję niemiecką. Na szczęście tak się nie stało. Ale naszemu dowództwu, kpt. "Koralowi" i kpt. "Powolnemu" spędzało na pewno sen z powiek. Chyba już pierwszego dnia naszego postoju w tym uroczym zakątku nauczycielka z okolicznej szkoły przyprowadziła do Wojska Polskiego dużą grupę młodzieży szkolnej, by dzieci na własne oczy zobaczyły i dotknęły polskich partyzantów.

Niektóre dziewczyny zabrały się do prania naszej brudnej bielizny, łatania dziur w ubraniach, przyszywania guzików itp. Po południu drugiego dnia objąłem funkcję podoficera służbowego przy kpt. "Powolnym" jako oficerze służbowym. Zarządził on wkrótce obchód kontrolny wysuniętych posterunków wartowniczych. Z kilku posterunków znajdujących się na okolicznych wzniesieniach przy pogodnym dniu widać było w oddali panoramę miasta i wieże krakowskich kościołów. Spoglądaliśmy z narastającą nostalgią na to miasto, które choć tak w tych dniach bliskie geograficznie, tak jeszcze było dla nas niedostępne. Pomyślałem na chwilę o mojej rodzinnej Wieliczce, tuż za Krakowem, o moim domu rodzinnym, o "Chince", mojej dziewczynie, która przed dwoma miesiącami, dzielnie ekspediowała mnie we własnym domu pocałunkami na partyzancką służbę Polsce. A niektórzy wartownicy pełnili służbę w otoczeniu dwóch lub trzech miejscowych dziewcząt. Więcej uwagi poświęcali flirtom z nimi, niż obserwacji przedpola. Marszczyły się coraz bardziej brwi "Powolnego" i był coraz głębiej zamyślony. Nakazywał wartownikom wzmożenie czujności i w drodze do kolejnych posterunków mruczeniem wyrażał dezaprobatę dla zastanej rzeczywistości.

Chyba w trzecim dniu pobytu w Dolinie Prądnika zapowiedziano nam, że w lesie, na stoku rzeczki, odprawiona zostanie dla naszego zgrupowania polowa Msza Święta z udziałem okolicznej ludności. Istotnie po około dwu godzinach zarządzono zbiórkę i pomaszerowaliśmy, prócz drużyn służbowych, po kładce na drugą stronę Prądnika. Podziwialiśmy urodę okolicznych jarów i występów skalnych podojcowskiego rejonu przyrodniczego. Na Mszę świętą przybyła liczna grupa okolicznej ludności. Nie udało się dotąd ustalić szczegółów organizacji tej uroczystości i nazwiska księdza celebrującego nabożeństwo. Ale zachowały się zdjęcia dokumentujące to wydarzenie.

W czasie kilkudniowego pobytu Baonu "SKAŁA" w Dolinie Prądnika przybyła tam łączniczka Janina Dziewońska (Kawecka) - "Kaczka" z wielickiego Kedywu. Uchodziła wówczas za sympatię "Marsa" - i słusznie - bo po wojnie została jego żoną i jest nią do dzisiaj. Zbliżała się jednak nieuchronnie konieczność zmiany terenu kwaterowania Baonu. Podlizaliśmy nieco rany poniesione w walce pod Złotym Potokiem. Okres pobytu w naszym Eldorado musiał zostać zakończony. Napisał "Powolny" w swojej książce: Nikt nie miał oczywiście złudzeń, że o pobycie dużego oddziału, prawie na przedmieściu Krakowa, Niemcy dobrze wiedzą. Sprawa ta, jak i dalszy kierunek marszu, stanowiły główny problem dla dowództwa... Postanowiliśmy zatem (tzn. ja i kpt. "Koral") poczekać tu na zjawienie się mjra. "Skały". Ze względów bezpieczeństwa przyjęliśmy zasadą, że pobyt na jednej kwaterze nie może trwać dłużej niż trzy dni... Oddział zmieniał ustawicznie miejsca postoju kwaterując kolejno w Owczarach, Brzozówce Korzkiewskiej, Cianowicach i Przybysławicach. Niewiele pamiętam z tych wędrówek, choć przecież brałem w nich udział. "Zawała" przypomina sobie, że kolejność kwaterowania Baonu po Prądniku Korzkiewskim była następująca: Brzozówka, Cianowice, Owczary i Przybysławice.

Proponowana tablica w Prądniku Korzkiewskim [w:] Włodzimierz Rozmus, Pamięć zakuta w brązie i kamieniu, 1994

Środowisko Żołnierzy AK z Prądnika Korzkiewskiego na czele z sekretarzem Koła - Melchiorem Knapikiem postanowiło ufundować tablicę upamiętniającą 50 rocznicę pobytu na tych terenach Oddziałów partyzanckich "Bicza" z Krakowskiego "Żelbetu" i Baonu Partyzanckiego "Skała" AK, który po ciężkiej bitwie stoczonej pod Złotym Potokiem k/Częstochowy wycofał się w te tereny. Miejscowa ludność z narażeniem życia udzieliła wtedy pomocy, zabezpieczając zakwaterowanie oraz potrzebne produkty żywnościowe dla wycieńczonych walkami i męczącymi marszami partyzantów. Tu też naprawiono mocno sfatygowaną odzież i umundurowanie. Młodzież szkolna, mimo okrutnej okupacji, wychowywana w duchu patriotycznym, na czele z prof. Zdzisławem Krawczyńskim wykonała własnym sumptem bojowy proporzec (zwany wtedy przez młodzież sztandarem) i uroczyście wręczyła go II Kompanii "Błyskawica". To właśnie miejscowa ludność zorganizowała dwie Msze polowe w intencji partyzantów z Oddziału "Bicza" i Baonu "Skała" i nie zważając na represje, jakie mogłyby być stosowane przez nieludzkiego okupanta, serdecznie zajęła się partyzantami.

Trzeba było 50 lat, aby wyrazić serdeczne podziękowanie i staropolskie "Bóg zapłać" dla miejscowej ludności za okazaną w tamtych, trudnych latach II wojny pomoc udzieloną polskim partyzantom spod znaku AK. Tablica osadzona będzie niedaleko miejsca, gdzie kwaterowały oddziały partyzanckie i gdzie 15. sierpnia i 20. września 1944 r. odprawione zostały Msze św. w intencji tych oddziałów . Inicjatorem przedsięwzięcia jest wspomniany - Melchior Knapik. Również Środowisko Kedywu i Baonu "Skała" oraz Środowisko żołnierzy "Żelbetu" włączyło się aktywnie w to przedsięwzięcie. Tablica wykonana jest z czarnego granitu, na której przewidziano następujący napis:


Pamięci Żołnierzy AK

Oddziału "Bicza", grupy "Żelbet"

i Baonu Partyzanckiego "Skała"

w 50 Rocznicę

odprawionych tu w roku 1944

polowych Mszy Świętych

Towarzysze broni

Mieszkańcy

4 IX 1994 r.


Uroczyste odsłonięcie tablicy z udziałem władz terenowych, miejscowego społeczeństwa oraz żołnierzy tych oddziałów nastąpi 4 września 1994 r. Koszt wykonania tablicy poniesie Środowisko Żołnierzy AK z Prądnika Korzkiewskiego, zaś koszt wykonania okazałego żelaznego krzyża i osadzenie go w miejscu gdzie odbyły się przed 50 laty polowe Msze Święte, poniesie Środowisko Żołnierzy Kedywu i Baonu "Skała". Po oficjalnej uroczystości zostanie zorganizowany biwak partyzancki w zagrodzie p. Jana Piątkowskiego, w której od 17 do 22 września kwaterował Baon "Skała". Koszty z tym związane zostaną pokryte przez Środowisko Żołnierzy "Żelbetu".

+++

"Słowik" tak opisuje moment wręczenia proporca żołnierzom II kompanii "Błyskawica" przez dzieci i młodzież szkolną z okolic Prądnika Korzkiewskiego, gdzie zakwaterował - po ciężkiej walce pod Złotym Potokiem - Baon "Skała": Przybyłych powitał por. "Dewajtis" - Zbigniew Waruszyński: - Jesteście miłymi gośćmi kompanii partyzanckiej "Błyskawica", która wchodzi w skład Batalionu Armii Krajowej "Skała". Zapraszamy na nasz biwak. Z gromadki wystąpił chłopczyk w krakowskim stroju i zadeklamował wiersz pt. "Kto Ty jesteś? - Polak mały! Jaki znak Twój? - Orzeł Biały!". Potem prof. Zdzisław Krawczyński zaintonował hymn, który odśpiewaliśmy ze wzruszeniem wszyscy. Dzieci wraz z profesorem wręczyły por. "Dewajtisowi", osadzony na drzewcu, a wykonany przez nich, jak go nazwały "sztandar", choć był to raczej proporzec. Proporzec ten "Słowik" przechowywał u siebie przez, prawie 50 lat, a teraz postanowił przekazać go - za pośrednictwem "Buńki" i "Apacza" - do Muzeum Armii Krajowej przy ulicy Rakowickiej w Krakowie.

Wykonany jest z płótna biało-czerwonego, o wymiarach 65 x 40 cm . Na jednej stronie, na tle biało-czerwonym, wyhaftowany jest Orzeł Polski w koronie, zaś na drugiej stronie, wykonany również haftem obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z napisem: "Królowo Polski Wspieraj!".

Jest to bardzo wartościowy eksponat, ponieważ wykonany został przez młodzież szkolną w czasie okrutnej okupacji niemieckiej, świadczący o wielkiej odwadze i patriotycznym wychowaniu.

Ludność Prądnika Korzkiewskiego przyjęła Baon bardzo serdecznie i gościnnie, dzięki czemu żołnierze odżyli, podniósł się ich duch walki, i poprawiły humory. Wznowiono również szkolenie bojowe.

* Więcej informacji na stronie "Pamięci konspiratrów krakowskiego Kedywu AK", http://www.kedyw.info/wiki/Strona_g%C5%82%C3%B3wna

 

 

 



Stowarzyszenie Miłośników Doliny Prądnika "Nasza-Dolina" Prądnik korzkiewski, e-mail: nasza.dolina@gmail.com